Bez tłumacza ani rusz, czyli: żargon marketingowców

Bez tłumacza ani rusz, czyli: żargon marketingowców


Branża reklamowo-marketingowa wypracowała swój własny, stale rozwijający się żargon – i nie ma w tym nic złego. Problem jednak w tym, że zapomniano o komunikacji z potencjalnymi klientami i wielu z nich zwyczajnie gubi się w konfrontacji z językiem, którego nie rozumie.

Strony nie do obrony

Oto pewna właścicielka zakładu optycznego szukała w internecie firmy, która mogłaby dla niej zaprojektować i wydrukować ulotki. Trafiła na stronę agencji reklamowej mającej w nazwie skorupiaka. Jesteśmy wszechstronni – nasze odnóża sięgają od A do BTL, nie zapominając o Interactive, chwali się agencja na swej stronie głównej, a pani optyk szuka dalej, bo skąd ma wiedzieć, o czym mowa?

 

Właściciel niewielkiej hurtowni spożywczej chciałby wypozycjonować swoją witrynę. Trafia na stronę agencji i czyta: Efektem stworzonej przez nas strategii i pozycjonowania jest platforma kreatywna. Obejmuje ona swoim zasięgiem wszystkie kanały i narzędzia, którymi dysponuje marka (ATL, Digital, BTL, Trade) i takie, które w ramach platformy powinny zostać uruchomione. Oczywiście rezygnuje, bo ten język jest mu całkowicie obcy.

 

Rzecz jasna, każda szanująca się agencja jest dziś „360°”, choć tylko jej szef i pracownicy (być może zresztą nie wszyscy) wiedzą, co to znaczy. Klientowi kojarzy się to co najwyżej z kontem bankowym w Millenium.

 

A zdawać by się mogło, że kto jak kto, ale właśnie agencje reklamowe, marketingowe i SEO powinny prezentować w internecie witryny wręcz wzorcowe. Takie, których potencjalny klient nie odrzuca po przebiegnięciu wzrokiem kilku zdań na stronie głównej. Skoro chwalą się, że potrafią sprzedać czyjś produkt lub usługę, to czemu nie potrafią zaprezentować należycie własnych?

 

LinkedIn: im mniej po polsku, tym lepiej

Ciekawym miejscem jest też LinkedIn. Jest to serwis, w którym spotykają się ludzie reprezentujący najrozmaitsze zawody i stanowiska. Nie przeszkadza to jednak w używaniu żargonu, który z oczywistych przyczyn komunikacji bynajmniej nie ułatwia. Niektórzy piszą tylko po angielsku, licząc zapewne na to, że odkryje ich szejk z Dubaju albo amerykański milioner. Inni ćwiczą uparcie swój penglish, tworząc potworki w rodzaju: Bardzo podoba mi się to co, ze swoim brandingiem i zrozumiałą, czytelną nazwą robi nowy brand odzieży streetwearowej.

 

Na szukających pracy czekają jakże przejrzyste oferty, na przykład: PRACA MARZEŃ w nowoczesnym dziale People Operations dla osoby, która chciałaby na co dzień wspierać wzmacnianie kultury [tu nazwa firmy] w oparciu o przyjęte cele i wartości, budować pozytywne zaangażowanie naszej społeczności oraz warunki potrzebne do zwielokrotnienia wartości płynącej z pracy każdego z naszych pracowników. Nie daj się zwieść pozorom, że tu chodzi jedynie o spektakularne eventy lub tzw. Employer Branding. There is much more to this role!  

 

Branża ma też swoich liderów, którzy chwalą się: Według statystyk większość osób prowadząc samodzielnie kampanie cold mailingowe osiąga open rate na poziomie 23%. To znaczy, że w przypadku wysyłki kampanii do 100 rekordów, 77 osób nigdy nie przeczyta wiadomości. W [nazwa firmy] nie mamy problemu z przeprowadzaniem kampanii posiadających open rate 60% i więcej. (…) Co jest naszym sekretem? W większości przypadków starannie przygotowana lista prospektów.

 

Z kolei specjalista od mediów społecznościowych publikuje artykuł pod tytułem Opłakany stan wydawców cyfrowych w Polsce? Brand safety, reklama natywna, duopol i adblock.

 

Na ratunek już za późno

Nie ma już sensu utyskiwanie na brak szacunku dla polszczyzny. Młodzi ludzie nie przywiązują do języka uwagi. Wielu z nich sądzi, że faszerując swoje wypowiedzi mniej lub bardziej fachowymi anglicyzmami, budują swój obraz ekspertów, zyskują szacunek i zwiększają swoje szanse na sukces zawodowy. Ich nikt już chyba nie przekona, że język ojczysty to pewna wartość, której trzeba strzec i o którą każdy dbać powinien.

 

Warto im jednak zwrócić uwagę na dwie rzeczy. Po pierwsze: posługując się żargonem, zawężają grono odbiorców do ludzi, którzy go rozumieją, a bynajmniej nie jest to większość populacji. Innymi słowy: tracą część potencjalnych klientów, bo nikt przy zdrowych zmysłach nie zleci nic fachowcowi, z którym nie może się porozumieć. Kiedyś, dawno temu, wyśmiewano w kabarecie żargon hydraulika, który tłumaczył zdumionemu klientowi, że dynderklapa tandetnie zablindowana i ryszksztosuje. Dziś człowiek chcący zamówić wizytówki czyta w przesłanej mailem odpowiedzi, że account zajmie się jego casem po akceptacji CEO, tylko deadline trzeba tak uzgodnić z creative, żeby z mockupu nie było fuckupu.  

 

Po drugie: starzejemy się jako społeczeństwo i po drugiej stronie łącza może być ktoś o wiele starszy od mistrza penglish i żargonu. Nie dość, że go nie zrozumie (a nie zapyta, bo a nuż by rozumieć wypadało?), to jeszcze się zniesmaczy. Nic dziwnego, bo wychowywano go inaczej, toteż brak umiejętności komunikowania się poprawną polszczyzną uzna za niekompetencję, ignorancję, a może nawet brak szacunku.

 

Co z tego jednak, skoro w wielu firmach „z branży” ludzi po pięćdziesiątce nie ma, toteż na miejscu nie ma nikogo, kto zwróciłby uwagę młodszym, a może też przetłumaczyłby ten czy inny tekst na polski. Zawsze jednak można skorzystać z serwisów takich jak texter.pl,  które tworzą ludzie wyspecjalizowani w posługiwaniu się poprawną polszczyzną i poprawianiu tego, co w polskim tekście napisano w nieprawidłowy lub niezrozumiały sposób.

Copyrights by Postaw na markę - Brandinger